Lęk przed śmiercią

Paulina - lęk

Moja historia

Cierpię/cierpiałam (jeżeli założymy, że można z tego wyjść w 100 %) na zaburzenia lękowe, hipochondrie, depresje, derealizacje. Kiedy się to wszystko zaczęło? Wydaje mi się, że od zawsze to „coś” we mnie siedziało, tylko było na tyle głęboko, że tak naprawdę nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Często jako dziecko czułam taki strach, że coś mi się stanie lub bliskim mi osobą, byłam przewrażliwiona (rodzice pracowali dość daleko i często wracali późno). Bałam się potworów oraz, chodź uświadomiłam sobie to w późniejszym czasie, śmierci. Marzyłam o nieśmiertelności, a co za tym idzie czytałam wiele książek fantastycznych, byłam zafascynowana wampirami i wierzyłam, że tak jak w głupim „Zmierzchu” przybiegnie do mnie przystojny Edward i ocali mnie przed śmiercią. Gdy zaczęłam uświadamiać sobie, że tak nie będzie i życie jest jedno, więc trzeba je przeżyć jak najlepiej wszystko nabrało rozpędu. Przed spaniem rozmyślałam sobie o tym „czym jest śmierć”, czy jest coś po, czy tak jak we śnie jesteśmy w niebycie. I doszłam do wniosku, że tak naprawdę nigdy nie znajdę odpowiedzi na to pytanie. Wierzyłam w Boga, albo chciałam w niego wierzyć, bo jak to dość dobrze określił mój tata „Gdyby człowiek w nic nie wierzył, zwariowałby”.

W pewnym czasie wszystko odeszło w niepamięć. Skończyłam technikum, zdałam maturę. I podjęłam decyzję. Wracam do Chorzowa. Miałam tam mieszkanie od dziadka w którym mogłam mieszkać. Imprezy w mieście były dla mnie czymś nowym. Na wsi przeważnie wszyscy się znają jesteśmy jedną ekipą, mamy jedno miejsce, żeby napić się piwa, pogadać etc. Ale miasto mnie zmieniło, zaczęłam pracować w barze. Moje życie było ciągłą imprezą, aż pewnego dnia, kiedy kompletnie zalana w trupa wracałam ze znajomymi do domu, ktoś w kamienicy na głównej ulicy zrobił imprezę i zawołał nas. Długo nie myśląc, co było moim największym błędem, weszliśmy byłam z kilkoma kolegami, więc wyszłam z założenia, że nic się stać nie może. Okazało się że nawet było tam kilka znajomych osób. Napiłam się. Poczułam się jak we śnie. Nagle akcja zaczęła się rozgrywać dość szybko, jakiś ziomek wyrzucił mnie z mieszkania, a ja siedząc na schodach poczułam dziwne uczucie strachu i schiza. Może to zabrzmi śmiesznie, ale miałam wrażenie, że coś mi zagraża, siedziałam na tych schodach sparaliżowana strachem . Czułam się jakbym była żydówką, a niemieccy żołnierze mieli zaraz wejść i mnie złapać. Nie wiedziałam co robić, zaczęłam uciekać. Powoli. Potem ukryłam się na terenie przedszkola było mi zimno… nie będę zagłębiać się w szczegóły. Jakimś cudem oprzytomniałam i pojechałam do babci. Okazało się, że ktoś mi czegoś dosypał do drinka (nigdy nie brałam żadnych narkotyków, więc być może dlatego tak to na mnie podziałało).

Potem zaczęły się ataki paniki, ciągłe. Doszła do tego derealizacja, ciągły strach. Miałam wrażenie, że jestem beznadziejna. Dostałam skierowanie do psychologa i o dziwo modliłam się, aby już nadeszła pora wizyty. Mieszkałam sama. Każdy zaczął zauważać, że nie jestem sobą. Zaczęło się to zmieniać, gdy poznałam mojego aktualnego chłopaka Patryka. Już nie nienawidziłam siebie, czyli depresja ustała, natomiast zaczęłam czuć coraz większą derealizacje i strach przed śmiercią. Szukałam pomocy przez telefon na specjalnych liniach do tego przeznaczonych. Nawet dzwoniłam do księży (jest coś takie w internecie, tacy księża którzy przez telefon starają ci się pomóc zwalczyć lęk przed śmiercią). Czułam się fatalnie, całe dnie mogłam przespać. Psycholog tylko ze mną rozmawiał. Psychiatra przepisał tabletki , byłam po nich zupełnie odizolowana od wszystkiego, nie mogłam pić. Wróciłam do rodziców, zamieszkałam z chłopakiem. Wiedziałam, że sama sobie z tym nie poradzę. Chodziłam z chłopakiem do znajomych oni pili, a ja się męczyłam, ale robiłam to dla niego. Nie chciałam nigdzie jeździć, w aucie miałam „zawały” nie mogłam oddychać itd.

I nagle po roku zmagania się z tym „wrzodem na tyłku” nadszedł moment kulminacyjny zaczęłam się czuć lepiej (dodam, że w między czasie ani nie pracowałam, a na studia zaoczne jeździłam tylko na egzaminy bo nie mogłam tam wytrzymać). Doszłam do wniosku, że leki tylko mnie ogłupiają a derealizacja się pogłębia, a ja czuje, że nie mam ochoty żyć, więc postanowiłam pewnego pięknego dnia, że przestane je brać! I to było coś ważnego. Pomogły mi, czułam to, ale wiedziałam, że już więcej nie mogę na nie liczyć tylko sama muszę z tym walczyć. Znalazłam prace! Zaczęłam czymś zajmować myśli. I udało się. Faktycznie jeszcze epizodycznie zdarzały się ataki paniki, ale mogłam z nimi walczyć sama. Odstawiłam tabletki zupełnie. Kupiłam tylko w aptece „Tabletki uspokajające” ziołowe. I kiedy było źle, a serce waliło jak głupie brałam jedną i tyle. Zaczęłam wychodzić, pić, bawić się, a nerwica odeszła w zapomnienie. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem. Derealizacja także odeszła, a ja czuje się fenomenalnie. Jestem tą samą Pauliną, którą byłam zanim choroba mnie „zniewoliła”.

Moje rady dla innych w walce z zaburzeniami

Radzę każdemu, aby stanął oko w oko ze swoimi lękami! Wykrzyczał na głos lub w myślach „nie będziecie mną manipulować! Nie dam się wam ! Jestem sobą, a wy mnie nie zmienicie”.

Nie dawajcie za wygraną. Zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji! Zawsze są jakieś „ukryte drzwi” przez które można przejść. Nie bójcie się prosić o pomoc, bo właśnie wsparcia i pomocy potrzebujecie w tych ciężkich dla was chwilach. Pamiętajcie nerwica to nie choroba ciała to choroba duszy. To co wy macie w głowie to jest jedno, nawet jeżeli ciało coś wam głupiego sugeruje nie dawajcie się. Pomyślcie ile już to macie jeżeli rok temu wiedzielibyście że dzisiaj będziecie tu i teraz też byście się bali? Fenomenem nerwicy jest niepewne jutro, żyjcie tak jakby jutra miało nie być a nie zamykajcie się sami ze sobą w strachu, że jutro nie nastąpi. Może tak być, ale nie myślcie, nie kalkulujcie, życie jest piękne bo jest niewiadomą. Żyjcie chwilą nie przeszłością bo jej nie zmienicie, a przyszłość pozostanie zawsze zagadką!

Coś pozytywnego ode mnie w walce z zaburzeniami

Mam 21 lat pozbyłam się tego syfu… Miewam ataki paniki, ale bardzo sporadycznie, a to bardziej przez hipochondrie, która jest, ale nie daje mi takiego kopa. Jasne przechodzę przez zawały, wylewy itd. ale już nauczyłam się to ignorować i przede wszystkim przestałam czytać w internecie. „Ból brzucha” – rak, „ból zęba” – rak… wszystko rak! Pracuje, uczę się, spełniam swoje pasje…

Jestem fotografem, kocham makijaże i robię to co lubię! Ale nie myślę o mojej „przyjaciółce”.

Zawsze jak przychodzi atak myślę sobie, że rok temu też „umierałam” parę razy dziennie, miałam gorsze bóle i wszystko, a nadal tu jestem.

Pamiętajcie jesteście wszyscy wspaniali. Nie ważne co inni mówią. Jesteście cudowni bo staracie się sobie pomóc, nie dajecie za wygraną. Czytacie to czyli chcecie, żeby było lepiej, nie poddajecie się, a to najważniejsze, dlatego jesteście wyjątkowi.

Wierzę w Was !
Paulina 21 lat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *